Więzi nas w nie-miejscu. Ugrzęźliśmy w strefie tranzytowej i tkwimy tu, nie wiadomo jak długo jeszcze. Odwołany lot zaburza rytm funkcjonowania. Wprowadza błąd do systemu. Potrzebujemy czasu żeby się odnaleźć, jednak niepokój przedłuża się. W niemiejscu nie można się rozgościć. W niemiejscu gości niepokój i bezczas. Error, pętla. Ruch wokół jest pozorny. My przecież stoimy w miejscu i czekamy.
Wszystko jest post bo wszystko jest w loopie.
Jesteś w nie-miejscu, Właśnie dowiedziałaś/eś się że twój lot zostal odwołany. Patrzysz się w ekran swojego smartfona. Dotykasz palcem jego gładkiej lśniącej powierzchni. Telefon padł, ale na jego czarnym ekranie odbija się informacja z telewizora lotniskowego flight canceled. Czekasz. Siedzisz, leżysz. Patrzysz, nie patrzysz.
Odwołany lot to wystawa o pętli.
Obrazy Janka Płatka to meta gra z malarstwem. Podtrzymanie momentu, mikrosekundy skończenia. Wstrzymanie oddechu przed ekranem. Przyspieszanie zmian poprzez energiczne naciskanie spacji. To moment bez bohatera, kiedy zamiera pixelowy świat, od zawsze nierzeczywisty, uwięziony w kodzie. Wszystko jest na powierzchni, przylegające jak pixel do nieskończonej siatki wyświetlacza. Przedstawienia, którymi dysponuje Płatek są wyraźnie pozbawione kośćca, centrum, rdzenia, są zaprzeczeniem materialności malarstwa, które w tym geście/kierunku opuszczenia, pozbycia się ciężaru, dąży do zapisu z konieczności materialnego, ale jakby chcącego się przeciwstawić sile grawitacji i postępującej utraty znaczenia. To unaocznienie. Trwanie, zawieszka, error.
Zapętlenie, które można także rozumieć jako pewien rodzaj zawieszenia to główny nośnik formalny prac Michała Rostockiego. Prace te istnieją na pograniczu tekstu i ruchomego zaprogramowanego obrazu znanego z pierwszych gier komputerowych. Zapętlenie to DNA tych przedstawień. Wykolejone świdrują, falują, przecinają; wprowadzają jak dźwięk tybetańskich mis w stan bycia poza snem ale też poza materialnością istnienia. Te prace są jak deszcz z Blade Runnera, są jak Blade Runner Blues Vangelisa. Kilka dźwięków syntezatorów rozciągnięte w czasie, powtarzalne pasaże i szum padających kropel deszczu zamarłe w godzinnej i ośmiogodzinnej wersji spreparowanej przez maniaka na YouTube. Słucham tego.
Irena Kalicka przeniosła rzeczy. Bałagan sensów, nieprawd, współczesnych symboli walki oraz cytatów. To nagromadzenie od którego chce się uciec, ale uciekając uderzasz w mur, w ścianę gdzie odkłada się wszystko co obrzydliwie polskie, nieludzkie i niesprawiedliwe. Barokowe ujęcie, spektakularny upadek, serenissima absurdu, wykręcony status quo istnienia we wciąż powracającym chaosie. Zapraszamy do domu. To się już w domu rozgościło. Ściany nas nie uchronią, nie są żadną barierą, są rozszczelnione i spękane, mimo remontu i kolejnych warstw szpachli i białej akrylowej farby.
Komiks Marii Rostockiej zaczyna się tam gdzie się kończy. Pozornie łagodnie namalowane, kolejne skrawki opowieści odsłaniają znaną skądinąd historię przemocy. Brawurowa akcja tego komiksu tylko próbuje zakryć, znaną choć niezrozumianą dla większości ludzi prawdę, że przemoc rodzi przemoc. Kolejne zapętlenie. Ten las, ta droga, ci ludzie. To wszystko jest aktualne. I dzieje się na okrągło.
To wystawa o sposobie opowiadania, o pewnym aspekcie opowieści jakim jest jej powtarzalność, nieskończone zaloopowanie. O odrętwieniu, o byciu w tranzycie, zawieszce, bezczasie. Czwórkę artystów łączy sposób opowiadania i używania języka wizualnego. Mimo że formalnie oraz tematycznie prace są od siebie dalekie, mają na swoich krańcach ten sam nawias. Chichot historii, która ciągle każe nam wejść w te same buty.
Anna Maria Karczmarska
Mikołaj Małek
